in Europa, Podróże

Bałkany – relacja z podróży

at

Fotorelacja z wakacji po najpiękniejszych zakątkach Bałkan.

bałkany


Witajcie po długiej przerwie! Wczoraj wróciłam z niesamowitych wakacji. Całe dziesięć dni jeździłam po Bałkanach i podziwiałam naturę, fotografowałam historię i jadłam pyszności. Zapraszam na fotorelację z podróży do tych niesamowitych miejsc. Mam nadzieję, że wy również złapiecie bałkańskiego bakcyla i zapragniecie odwiedzić te zakątki świata.

Skąd ten pomysł?
Każdy mój wyjazd był zazwyczaj organizowany przeze mnie, bo bardzo lubię podróżowanie na własną rękę. Tym razem jednak, zdecydowałam się na zorganizowany wyjazd, bo ograniczał mnie czas mojego urlopu i nie udałoby mi się zobaczyć tylu miejsc jadąc samodzielnie. Znalazłam świetną propozycję alternatywnego klubu podróżniczego, który zorganizował całe przedsięwzięcie z doświadczeniem godnym biura podróży. Polecam taki wyjazd z takim klubem młodym osobom, dla których liczą się przygody i zabawa, nie standardy czterogwiazdkowych hoteli. 
 
Węgry
Po całej nocy spędzonej w autokarze przyszedł czas przystanek w Budapeszcie. Tam każdy, kto chciał skorzystał z łaźni Sechenyiego, ale my zrobiliśmy sobie poranny spacer po budzącym się do życia mieście. W małej kawiarence nieopodal centrum zjedliśmy pysznego rogalika z dżemem na śniadanie. Po wspięciu się na wzgórze Gellerta jak na dłoni mieliśmy całe miasto, przecięte w pół szeroką wstęgą Dunaju. Pora ruszać dalej w drogę, gdyż Budapeszt był jedynie krótkim przystankiem w drodze na szalone Bałkany. 

 

 
 
 
 
 

Rumunia

Popołudniu dojechaliśmy do Timisoary – jednego z piękniejszych miast Rumunii. Sam kraj wydał mi się ciekawy. Mimo że jest to jeden z najbiedniejszych krajów Europy, sama Timisoara była kolorowa, wesoła i roztańczona, a ludzie uśmiechnięci. Trafiliśmy na rodzaj jakiegoś festiwalu, więc wieczorem w ogródku przy lokalnym piwie, oglądaliśmy folkowe występy taneczne i muzyczne. Kolację zjedliśmy w restauracji lokalnego browaru – Timisoreanie. Podano tradycyjną zupę rumuńską ciorbę i pyszne mięsko. 

 

Serbia

Następnego dnia ruszyliśmy do stolicy Serbii i już w południe wspinaliśmy się na wzgórze Kalemegdanu z prawie III w. – twierdzy służącej do obrony przed tureckimi najazdami. Spacerem po mieście odwiedziliśmy najważniejsze punkty Belgradu: najpiękniejszą ulicę księcia Michała, parlament, cerkiew św. Sawy i ruiny szpitala, zbombardowanego podczas ostatniej wojny domowej w byłej Jugosławii. Wieczorem udaliśmy się na ulicę Skadarlije – miejsce spotkań belgradzkiej bohemy – malarzy, poetów, muzyków. Tam przy dźwiękach bałkańskiej muzyki zjedliśmy pyszną kolację. Miasto oferuje ciekawe życie nocne, po zmroku ludzie przesiadują w knajpkach, bawią się w klubach, spacerują po deptaku na ulicy Księcia Michała. Nam jednak nie było dane zakosztować uroków nocnego Belgradu, gdyż ruszyliśmy w dalszą podróż już do Czarnogóry. 
 
 

 

 

 

 

Czarnogóra
Zatrzymaliśmy się w hostelu w miasteczku Tivat i tam odpoczęliśmy na plaży, pospacerowaliśmy po pięknym porcie, a wieczorem zorganizowaliśmy grilla na plaży. Następnego dnia ruszyliśmy pozwiedzać pobliskie miasteczka – Budvę, Petrovac, Stary Bar i Ulcinj. Wieczorem zapragnęliśmy spojrzeć na zachód słońca i w tym celu wybraliśmy się nad piękne Jezioro Szkoderskie. Wracając zahaczyliśmy jeszcze raz o Budvę, aby wieczorem oddać się nocnej zabawie w tamtejszych klubach.

Dalmacja
Ruszamy dalej! Objazd po całej Boce Kotorskiej dał nam obraz tego niezwykłego zakątka. Cała zatoka skupia wokół urokliwe miasteczka. Następnie parę godzin spędziliśmy w Kotorze. Ambitnie planowaliśmy wspiąć się po schodach w górę zobaczyć ruiny starego miasta, ale z powodu upałów odpuściliśmy i zostaliśmy w przyjemnym cieniu jaki dawały wąskie uliczki starego miasteczka na dole. Tam wypiliśmy zimny, złoty napój i skoczyliśmy po burka do piekarni – najfajniejsze kulinarne wspomnienie lata. Następnie przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy do Dubrownika, gdzie buszowaliśmy po kramach z pamiątkami na starym mieście. Z racji tego, że byliśmy już tutaj w zeszłym roku zostawiliśmy grupę i uciekliśmy na miejską plażę, aby ochłodzić udręczone upałem organizmy w chłodnych wodzach Adriatyku.

Po kilku godzinach jazdy zakwaterowaliśmy się w pensjonacie w Mostarze. Pani właścicielka, Polka opowiedziała nam kilka ciekawostek ze swojego życia w Bośni. Z samego rana wybraliśmy się na spacer po tym magicznym mieście z niezwykłym mostem. To tutaj po raz pierwszy zobaczyliśmy tak wiele śladów poprzedniej wojny – zniszczony były co piąty budynek, domy i bramy wyglądały jak sita po kulach. Wokół Mostaru rozlegały się majestatyczne, spalone słońcem góry, jednak nie było żadnych szlaków górskich tam stworzonych, gdyż cały ten teren jest do dziś zaminowany. Włóczyliśmy się po starym mieście, przeszliśmy przez most na część muzułmańską Mostaru, a tam w pobliskiej galerii zobaczyliśmy krótki film z 1993 roku, o tym jak stary, XVI-wieczny most będący wizytówką miasta i kraju został zburzony przez Chorwatów. Dziś jest wpisany na listę UNESCO, gdyż odbudowano go w ten sam sposób, w jaki zbudowano go przed wiekami (nie za pomocą cementu tylko kurzych jaj!) Całe stare miasto również było zbombardowane, jednak mieszkańcy odbudowali je w takiej samej formie jak wcześniej. Mostar jest pięknym miastem, gdzie islam przyjął się W knajpkach i restauracjach można zjeść lokalne potrawy np. cevapcici – małe kiełbaski z mięsa mielonego z pitą i frytkami, a do tego lokalne piwo lub wino – ale napiszę o tym więcej przy okazji bałkańskiej kuchni.
Wieczorem pewna dziewczyna poleciła nam świetną dyskotekę ulokowaną w naturalnej jaskini 🙂 Wybawiliśmy się tam do rana, ale następnego dnia niestety musieliśmy opuścić miasto i wyjechać w dalszą podróż do Sarajewa.

 

 

 
 

Sarajewo wydało mi się pięknym, zróżnicowanym religijnie i kulturowo miastem, bardziej orientalnym niż Mostar. Trafiliśmy akurat na Sarajewski Festiwal Filmowy, jednak nie zauważyliśmy jednak żadnej znanej nam gwiazdy. W Sarajewie oprowadzała nas pani Gosia (niestety nie znam nazwiska), która sama mieszka tam i przeżyła wojnę. Pani Gosia jest niezwykłą osobą, mądrą i doświadczoną, a jej opowieści słuchaliśmy jak zaczarowani. Wojna jaka przetoczyła się przez ten kraj dwadzieścia lat temu do dziś jest żywo wspominana, a gdy spotkacie na ulicach Sarajewa czerwone plamy farby, to wiedzcie, że tam zginął z powodu tego konfliktu niewinny człowiek. Daje to bardzo smutny obraz tego kraju, które w ciągu dnia jest wesołe i barwne jak kolory chust spacerujących po uliczkach muzułmanek.

 
 
 
 Wieczorem wybraliśmy się na sziszę i prawdziwą bośniacką kawę podawaną w dżezwie. Z samego centrum miasta przez wąską ulicę przechodziło się to całkiem sporego dziedzińca z stoliczkami, przyjemnymi kanapami i krzesełkami. Tam podaje się najlepszą sziszę w mieście. Niemałym zdziwieniem było dla nas, że nie dostaniemy tam piwa. Okazało się, że jest to muzułmańska knajpka i alkohol nie jest tam serwowany. Jednak gwar rozmów i swobodna atmosfera pokazała nam, jak mieszkańcy Sarajewa potrafią się bawić i spędzać ze sobą czas. Sama szisza była bardzo owocowa, nie wyczułam tam zapachu tytoniu. Kawa była mocna i bardzo słodka. Po całym dniu atrakcji pora opuścić Sarajewo, jutro ostatni dzień naszej przygody – Balaton.
 
 

Zakwaterowaliśmy się w hostelu w Zamardi i pociągiem pojechaliśmy do miasteczka Siofok. Chcieliśmy trochę poplażować, ale pogoda pokrzyżowała nam plany. Za to wynajęliśmy motorówkę i bawiliśmy się pływając po tym ogromnym jeziorze. Ostatni integracyjny grill i następnego dnia powrót do domu.

 



Podróże są piękne, muszę to robić częściej. 🙂

 

Kasia Janeta

Pochodzę z pięknej mieściny na południu Polski. Miłośniczka podróży, kwiatów, książek i DIY. Staram się kreatywnie spędzać czas wolny. Na blogu piszę o tym, co mnie pasjonuje i inspiruje.