in Podróże, Świat

Khinkali, wino i Karlo – Gruzja odc. 1

at

Zastanawiacie się, jakie przygody spotkały mnie w Gruzji i jakie były moje pierwsze wrażenia? Jak jeżdżą kierowcy w tym kraju i czym jest słynna gruzińska gościnność?

20160926123939_img_6254

Wylądowaliśmy o 5 rano na lotnisku w Kutaisi. Plany na podróż jako tako ustalone, karta SIM zdobyta, pozostało znaleźć marszrutkę, która zawiezie nas do hostelu. Do tej pory wszystko szło sprawnie. Długi nocny lot trochę męczył, dlatego zaraz po zakwaterowaniu poszłyśmy spać. Pobudka kilka godzin później – leje jak z cebra! Zwiedzanie Kutaisi w takiej pogodzie odpada. Pozostaje cierpliwie czekać w hostelu. Gdy tylko się rozjaśnia ruszamy do miasta. Tu pierwszy raz zderzyłyśmy się z gruzińską uprzejmością, gdy w poszukiwania ładowarki do aparatu były zaangażowane z dwie osoby. Jedna z nich podjechała z nami do sklepu. Niestety, aparat miał specyficzne wejście i tego typu ładowarkę trudno było znaleźć stacjonarnie w Polsce, co dopiero w Gruzji. Beka, nasz kierowca się nie poddawał i w drugim sklepie z elektroniką znalazła się uniwersalna ładowarka za 10 lari. 10 lari! W Polsce zaproponowano nam taką za dwie stówy. Potem razem z jeszcze dwoma innymi Polakami zaczęliśmy spacerować po drugim co do wielkości mieście w Gruzji.

20160924144634_img_5816

20160924144854_img_5823

20160925122441_img_6005

Kutaisi jest tak brzydkie, ale w tej brzydocie można dotrzeć wiele piękna. Odrapane kamienice, szpetne podwórka i różne kramy i sklepiki. Jednak o każdej porze dnia i nocy widzieliśmy ubranych w odblaskowe kamizelki ludzi, którzy zamiatali najmniejsze odpady na ulicach. Te miasto jest czystsze niż wielkie europejskie stolice, choć nowoczesne i piękne. Beka polecił nam kutaiską restaurację, w której serwują podobno najlepsze khinkali w całym mieście. Resztę wieczoru spędziliśmy na jedzeniu tych pysznych pierożków i piciu wina.

20160924165001_img_5853_1

Następnego dnia w końcu przestało padać, więc udaliśmy się do pobliskiej jaskini Prometeusza. Warto było, te podziemne komnaty były imponujące, choć ciągle w głowie mieliśmy obraz marszrutki, która nas dowiozła na miejsce. Kierowcy jeżdżą tu bardzo szybko, trąbią często i długo, a wszelkie linie pomocnicze na drogach mogłyby nie istnieć skoro i tak wszyscy wciskają się w najmniejsze przestrzenie między pojazdami. Znów wróciliśmy do centrum, zjedliśmy obiad i wsiedliśmy do marszrutki odjeżdżającej w kierunku monasteru Gelati. Po wstępnym rekonesansie podszedł do nas miły pan, który oprowadził nas po kompleksie. “Wchadzicie, wchadzicie” powtarzał otwierając kolejne drzwi cerkwi. Skromnie poczekał aż z naszej strony wypłynie propozycja odwdzięczenia się za wycieczkę. A jego opowieści były naprawdę interesujące!

20160925104810_img_5976

20160925103807_img_5959

20160925151328_img_6074

Po powrocie jeszcze szybkie zakupy. I wtedy poznaliśmy Karlo. Ten Gruzin o wyglądzie Mungungusa Fletchera z HP okazał się kierowcą i zaproponował nam podwózkę do Mestii. Wyłożył swoje argumenty, dlaczego akurat z nim będzie fajnie. Karlo podał cenę, ustaliliśmy godzinę i pożegnaliśmy się.
O godzinie 10 spakowani czekamy na naszego kierowcę. Jednak gruzińskie 5 minut rożni się od tego polskiego i Karlo zadzwonił, ze będzie jednak za godzinę. Nie ma sprawy! W końcu wyszło słońce, wiec popijając lokalne trunki siedzieliśmy w hostelowym ogrodzie – dumie naszego gospodarza. Karlo podjechał, wyciągnął linkę i zamontował nasze plecaki na dachu swojego samochodu. Sprawdziłam po kryjomu, czy aby na pewno nie wypadną po drodze. Rozmowy zapoznawcze trwały, a Karlo wyciągnął z bagażnika swojskie wino i każdemu dał na skosztowanie po solidnej szklanicy. Podrapał się po zarośniętym torsie, na którym widniał zloty łańcuch i sporych rozmiarów krzyż, poprawił lenonki na nosie i wcisnął pedał gazu.  Poznaliśmy już próbkę umiejętności prowadzenia samochodu przez Gruzinów, jednak dopiero miało się okazać czym naprawdę jest ruch drogowy w Gruzji. Na początku droga okazała się spokojna, a wyprzedzanie na pasach i po ciągłej to normalna sprawa. Kierowcy trąbią na siebie, aby zasygnalizować manewr lub pozdrowić się.
Po pewnym czasie wjechaliśmy na drogę w górach. Karlo zatrzymywał co chwilę samochód, abyśmy mogli zrobić zdjęcia. Panoramy były naprawdę niezwykłe i rekompensowały nam szaleńczą jazdę po górskich zakrętach.

20160926112205_img_6190

20160926130251_img_6305

20160926135202_img_6354

Jazda samochodem była naprawdę ekstremalnym przeżyciem przy akompaniamencie gruzińskiej muzyki ludowej. Na początku skoczne melodie bardzo nam się podobały. Jednak nasz kierowca budził się z zamyślenia przy niektórych z nich i doprowadzało do żywego klaskania w rytm muzyki zamiast trzymania kierownicy. Wjeżdżanie w zakręty przy dużej prędkości wywoływało chyba na naszych twarzach przerażenie, bo Karlo krzyknął po rosyjsku “Nie bój się, bo ja też się zaczynam bać!”

20160926135133_img_6349
Skupiliśmy się na widokach za oknem, aby powstrzymać strach przed wpadnięciem w przepaść po lewej stronie samochodu. Karlo zręcznie omijał krowy i kozy na drodze, dostrzegał z daleka oderwane skały. Zatrzymywał się też w pięknych punktach widokowych, abyśmy mogli sobie zrobić zdjęcia. Droga wydłużyła się o dobrą godzinę przez te postoje, ale w tym towarzystwie nie stanowiło to problemu.

Karlo był świetnym kompanem i choć jego styl jazdy trochę nas przerażał to trzeba mu przyznać, że bezpiecznie dowiózł nas do Mestii. To że z wykręconymi żołądkami to druga sprawa… a Mestia i otaczające ją góry to materiał na kolejną historię. 😊

Wybaczcie ten zastój na blogu, ale jeszcze kilka dni minie zanim wrócę i postanowiłam w tym czasie zrobić krótką przerwę od blogowania. Jeśli jednak chcecie trochę fotek zapraszam na FB i na Instagram!

Share:

Kasia Janeta

Pochodzę z pięknej mieściny na południu Polski. Miłośniczka podróży, kwiatów, książek i DIY. Staram się kreatywnie spędzać czas wolny. Na blogu piszę o tym, co mnie pasjonuje i inspiruje.